Fotograf uwalnia mechanizm kataklizmu, rozdzielając
jego domniemane fazy, przenosząc mikrosekundę widzenia w kadr percepcji.
Zajmowanie pozycji, „robienie” zdjęcia, naświetlanie, wywoływanie,
utrwalanie, preparowanie odbitki i umieszczanie jej w albumie lub w
galerii – to abstrakcyjne, wyizolowane stadia „aktu widzenia”, rozpisane
na partyturę cyklu czasowego.
Wszystkie one – może poza tym ostatnim –
zawarte są już w mikrosekundzie reakcji świetlnej na siatkówce oka.
Wokół sztuki fotografowania panoszy się
mitologia obrazu (z nieuchronnymi referencjami do płótna malarskiego),
czasu i pamięci.
Fotografia jest jednak w istocie „rzeczywistością”
zamrożoną, obraz fotograficzny – obrazem innego obrazu.
Krzysztof Wojciechowski jest fotografem,
a więc klinicystą i badaczem.
Domena, w której pracuje, to domena
archiwum.
Usuwa z niej semiozę literackiego śmiecia, demitologizując
obraz.
To, co robi, bardziej przypomina działania operacyjne oficera
śledczego, laboranta i kryminologa.
Jego żywiołem jest przeszukiwanie,
zszywanie i rozszywanie modułów, ustalanie punktów stycznych, linii
brzegowych, formatowanie macierzy.
Fotografując zbiór mchów, pokazuje
jego fraktalność (każda część mchu jest mchem, tak jak każda podzielona
chmura nową chmurą, według zasady samopodobieństwa Cantora, Gastona
Julii i Mandelbrota).
Dobór optymalnej głębi ostrości, manipulacja
kadrem i konturem pola, dają złudzenie wspinaczki zboczem zalesionego
wzgórza lub zdjęcia wykonanego na dużej wysokości – na przykład z
pokładu samolotu rozpylającego środki owadobójcze nad dziewiczą puszczą.
Macierze resztek świata organicznego, ułożone w diagramy, nasuwają
bliskie skojarzenia z algebrami, sitem Eratostenesa czy daktyloskopią
biura śledczego.
Sceny uliczne (z wykorzystaniem mechanizmu skanowania
szczelinowego) to z kolei dalekie echo efektu Dopplera – fotograficzny
zapis dylatacji czasu i deformacji wizualnej obiektu ze względu na
różnicę pomiędzy częstotliwością fali emitowanej przez źródło a
częstotliwością rejestrowaną przez ruchomego obserwatora.
Obrazu tych
osobliwości dopełnia set „muzyki niemej”, gdzie dźwięk „utrwala się” na
kliszy jako skala achromatyczności rowków płyty analogowej.
Całą tą
optyką rządzi zasada różnicy potencjału.
Zawieszenie tezy o
„rzeczywistości” uwalnia energię lokalnych autonomii.
To demontaż i inscenizacja.
Przenoszenie
modułów z jednej macierzy do drugiej.



